środa, 10 października 2018

Trzej Przyjaciele … z misji.


 Dzisiaj 10 października przypada wspomnienie św. Daniela Comboniego. Może nie jest on tak popularnym przykładem misjonarza w Polsce jak w Sudanie czy Sudanie Płd. Niedawno, bo 05 października przypadała 15 rocznica kanonizacji tego wielkiego misjonarza Afryki z dwoma werbistowskimi przyjaciółmi Arnoldem Janssenem (założycielem Zgromadzenia Słowa Bożego) i Józefem Freinademetzem (pierwszym werbistowskim misjonarzem w Chinach). Każdy święty to taki przyjaciel, który się do nas uśmiecha i pomaga nam w codziennych zmaganiach, jak mawiała św. Urszula Ledóchowska. Nie jest przypadkiem, że trzech przyjaciół zostało kanonizowanych w tym samym czasie, gdyż żyli w podobnym czasie a gorliwość misji, głoszenia Słowa Bożego i Dobrej Nowiny przenikała całe ich życie. Tą gorliwością zapalali i do dziś zapalają innych. Daniel Comboni i Arnold Janssen ze sobą wymieniali poglądy w czasie różnych okazji, a ich misja pozwoliła założyć zgromadzenie Kombonianów od Najświętszego Serca Jezusa, Siostry Kombonianki, a także 3 zgromadzenia Rodziny Arnoldowej (Zgromadzenie Słowa Bożego, Sióstr Służebnic Ducha Świętego i Sióstr Służebnic Ducha Świętego od Wieczystej Adoracji). Ta gorliwość i zapał była prezentowana przez Daniela Comboni podczas Soboru Watykańskiego I. Nic nie mogło powstrzymać tego świętego w podążaniu w misji Jezusa, podobnie jak św. Arnolda.
Daniel Comboni urodzony w Lomabardii (Limone, Brescia) na terenie ówczesnego cesarstwa Austro- Węgierskiego rozpoczął szkołę w wieku 12 lat w Weronie, ale był niezwykle uzdolniony językowo (szybko nauczył się arabskiego, francuskiego i angielskiego). W tym młodym chłopaku potrzeba misji była bardzo żywa, a została jeszcze wzmocniona poprzez przeczytanie żywotów japońskich męczenników w wieku 15 lat. Już 3 lata później Daniel złożył przysięgę, iż będzie misjonarzem „na czarnym lądzie”. Oczywiście wypełnienie tej obietnicy zabrało trochę czasu. Najpierw Daniel musiał przyjąć święcenia w wieku 23 lat, a następnie przygotowywał się, zbierał fundusze i odbył pielgrzymkę do Ziemi Świętej.
Daniel nie był osamotniony w swojej misji, gdyż swoim zapałem zaraził pięciu współtowarzyszy ze szkoły. W 1857 wspólnie wyruszyli z Włoch do Sudanu, a po 4 miesiącach dotarli do Chartumu. Misjonarze nie tylko angażowali się pastoralnie, lecz również wykupywali afrykańskich niewolników od Arabów. Następowało tu podwójne wyzwolenie fizyczne i duchowe. Niestety ciężki klimat i choroby, spowodowały iż 3 współtowarzyszy Daniela zmarło, a on sam kurował się w Egipcie, w Kairze, a później przez parę lat w Europie. Nie poddawał się jednak i będąc nauczycielem w tej samej szkole co był uczniem rozpalał nowe serca misyjne. 15 września 1864r. modląc się przy grobie św. Piotra odczytał nową potrzebę „planu powtórnego narodzenia Afryki”. Ten plan przedstawił 4 dni później papieżowi, a jest on nam znany pod hasłem „ocalić Afrykę przez Afrykę”. Po pewnych przygotowaniach i zebraniu kolejnych funduszy znów wyruszył do Afryki. W 1877r. został biskupem na Afrykę Centralną, a 10.10.1881r. zakończył swoje życie służąc innym. W tym czasie w Chartumie panowała epidemia cholery, na którą zmarło ponad 10.000 ludzi.
Jak widzimy na przykładzie św. Daniela Comboni warto mieć swoje marzenia, nawet te w wieku 15 lat, które mogą być później wypełnione. Te nasze marzenia mogą również pociągnąć innych. A jakie są nasze marzenia? A może jakie one były? Jak inspirujemy młodszych? Czy i dziś mogą przeczytać czy usłyszeć o współczesnych świętych?
Obecnie około 1400 Kombonianów posługuje na misjach w 40 krajach świata, a w szczególności w Afryce.
Co łączy Arnolda Janssena z Danielem Kombonim. Wyrastali w wielodzietnej rodzinie i w obu rodzinach Jezus był żywy, a codzienna modlitwa była praktykowana. W rodzinie św. Arnolda Słowo Boże rozbrzmiewało, w szczególności na wspólnej rodzinnej modlitwie w każdą niedzielę, gdzie był czytany Prolog św. Jana o Wcielonym Słowie Bożym. Jak wygląda nasze wspólne życie rodzinne i modlitwa?

Trzeci z naszych przyjaciół św. Józef Freinademetz urodził się w Tyrolu, wtedy należącym do Austro- Węgier, a dziś do Włoch. Podobnie więc jak Daniel Comboni przekraczał kolejne państwa i bariery. Nie bał się przyłączyć do nowego zgromadzenia misyjnego założonego przez Niemca, z pierwszym domem w Holandii i wysłanym zaledwie po 4 latach trwania zgromadzenia do Chin. Józef Freinademetz, jak sam później mówił, opuścił piękne Alpy i swój dom rodzinny, aby udać się w nieznane, do ziemi obiecanej jak Abraham. Daniel Comboni był wybitnym poliglotą, a z kolei Józef Freinademetz mówił, iż uniwersalnym językiem, który rozumieją wszyscy ludzie jest język miłości.
Do dziś ponad 6000 misjonarzy Zgromadzenia Słowa Bożego pracuje w 85  krajach świata, w tym 18 krajach Afryki.
W dniu 05 października nie tylko przypadała 15 rocznica kanonizacji „trzech przyjaciół”, ale też 80 rocznica narodzin dla nieba (śmierci) siostry Faustyny. Módlmy się, aby nigdy nie zaniknął w naszych rodzinach zapał misyjny, a Boże Miłosierdzie rozlewało się na cały świat, w szczególności na Afrykę.

wtorek, 9 października 2018

Komunia, czyli pragnienie wspólnoty i zjednoczenia z Jezusem


W naszym obozie Bidi-bidi jest 5 stref, oprócz Bidi-bidi 1 jest jeszcze Yoyo, Swinga, Abrimajo i Ariva. W każdej strefie znajduje się kilka kaplic, a w nich młodzi ludzie, którzy chcą być bardziej zjednoczeni z Jezusem. Nie zawsze udało im się przygotować do Pierwszej Komunii Świętej w wieku 09 czy 10 lat jak w Polsce. Chociaż w Ugandzie, a szczególnie w naszej diecezji Arua dzieci przygotowują się do tego sakramentu już w wieku 6 lat. Różne jest pragnienie dzieci i różne przygotowanie, jak różne jest zaangażowanie rodziców, katechistów i dzieci. Nie zawsze będą to dzieci podobne do Stanisława Kostki, Dominika Savio, czy Tereski od Dzieciątka Jezusa, ale z Bożą pomocą i wspomnianych świętych próbujemy wprowadzać w ten piękny sakrament zjednoczenia z Jezusem coraz większą grupę dzieci i młodzieży. W ciągu półtora roku 900 dzieci w naszym obozie przyjęło komunię.



Jest to też wynik wcześniejszych zaniedbań spowodowanych ciągłymi wojnami i brakiem stabilizacji w Sudanie, a następnie w Sudanie Płd. Pomimo określonego tak wczesnego przygotowania dzieci do Pierwszej Komunii większość przystępujących to dzieci i młodzież w wieku 12-18 lat. Cieszy to, iż ci najstarsi starają się przygotować jak najlepiej i chcą przystąpić do tego sakramentu, pomimo pewnego opóźnienia nie zawsze wynikającego z ich personalnego zaniedbania. Zdarzało się i do dziś tak się zdarza, iż wiele szkół oddalonych jest od miejsca zamieszkania. W związku z tym dzieci nie wracają codziennie do domu, nawet w weekendy, a tylko w czasie wakacji. Nie zawsze i to jest możliwe, gdyż w obecnej sytuacji większość uchodźców nie ma pieniędzy, tak więc pokrycie kosztów transportu ze szkoły do domu i z powrotem jest pewnym problemem. Oczywiście można wrócić na piechotę, ale przy ograniczonym i nieurozmaiconym wyżywieniu, przy towarzyszącym osłabieniu i chorobach może być kłopotem. Przy niektórych szkołach znajduje się farma i tu dzieci pracując w czasie wakacji otrzymują odpowiednie wyżywienie, którego by nie otrzymały w domu. Częściowo mogą też otrzymać  jakieś wsparcie na opłacenie szkoły, czy książek.Jedynym okresem, w którym większość dzieci przybywa do domu jest okres najdłuższych wakacji od drugiej połowy grudnia do końca stycznia. W tym też okresie dzieci i młodzież mogą uczestniczyć w życiu lokalnej wspólnoty.


Gdy 30 września udzielałem 60 osobom Pierwszej Komunii Świętej wielu już było młodymi ludźmi w wieku 16-18 lat, ale co może być dla nas w Polsce dużym zaskoczeniem były dwie Panie w wieku 50 i 61 lat. Jedna z nich ma na imię Joyce a druga Lona. Może w Was się zrodzić pytanie dlaczego tak długo czekały na ten moment zjednoczenia z Jezusem Eucharystycznym.
Joyce i Lona wyszły za mąż w młodym wieku i było to małżeństwo tradycyjne, bez sakramentu małżeństwa w kościele. Jest to niestety powszechne. Wynika to z tradycji i kultury powiązanej z opłatą „dowry” (wiana ale wnoszonego przez pana młodego). Z reguły jest to opłata, której pan młody wraz z całą rodziną (wujkami i klanem) nie jest w stanie pokryć w całości. Często rodzina panny młodej nie zgadza się na ślub kościelny dopóki nie otrzyma całości, a z kolei rodzina pana młodego, a w szczególności wujkowie oczekują również swojej spłaty. Drugim istotnym problem jest wpływ arabizacji i islamizacji południowych rejonów Sudanu, jak również poligami wśród niektórych plemion afrykańskich, gdzie wielożeństwo jest rozpowszechnione.
Joyce i Lona były wdowami i czekały na ten wielki moment odpowiednio 50 i 61 lat, a jakie jest nasze oczekiwanie. Czy są sprawy, które nam przeszkadzają, ale można je z Bożą pomocą doprowadzić do szczęśliwego finału? Jakie jest moje oczekiwanie na codzienną komunię i zjednoczenie z Jezusem.



Joyce i Lona w dniu Archaniołów Michała, Gabriela i Rafała (29.09) przystąpiły do sakramentu pojednania. Sakramentu miłości i miłosierdzia, aby w kolejnym dniu przystąpić do pierwszej komunii świętej. W naszym życiu często potrzebujemy wsparcia aniołów, świętych i ludzi dobrej woli, ale czasami to my musimy zrobić pierwszy krok, aby to Miłosierny Ojciec, który tak bardzo nas oczekuje wybiegł nam na spotkanie (Łk 15:11-32). Może nie jest to nasza pierwsza komunia, ale kolejna … lecz nie czekajmy tak długo.
Módlmy się za wszystkich, którzy z różnych powodów nie przystępują do sakramentu komunii, aby nie czuli się osamotnieni i znaleźli drogę do pełnej komunii, do pełnego zjednoczenia z Miłością, którą jest Bóg.


poniedziałek, 8 października 2018




Chrzest … a może coś więcej, gdzie miłość nowej Mamy prowadzi do Miłosiernego Ojca.

Sudan Południowy jest nie tylko najmłodszym krajem pod względem powstania (09.07.2011), ale też  jednym  z najbardziej młodych pod względem populacji, gdyż ponad 60% stanowią dzieci i młodzież poniżej 18 roku życia. W naszych 29 kaplicach przez 20 miesięcy zostało ochrzczonych ponad 2300 dzieci. Nie zawsze to są najmłodsze dzieci, gdyż wojna i ciągłe przemieszczanie nie zawsze pozwalają na zadbanie o życie duchowe przez rodziców. Na szczęście po pewnym okresie jako takiej stabilizacji w obozie dla uchodźców rodzice lub samotne mamy przyprowadzają swoje dzieci do kościoła i chcą żeby wzrastały w wierze, mając również nadzieje na lepsze życie dla nich.
Ostatnio przed udzieleniem pierwszej komunii świętej pewna mama wyznała, iż jej córka jeszcze nie otrzymała chrztu. Aseru Faith, która miała już 12 lat przygotowywała się do komunii z innymi dziećmi, ale nie miała o tym pojęcia, gdyż myślała, iż jak inne dzieci otrzymała chrzest jak była mała. Gdy sprawdzałem na liście dzieci przygotowujących się do komunii imiona rodziców okazało się, że nie ma tam imienia mamy Aseru, która poinformowała mnie o braku chrztu. Taty również nie było w kościele. Nasza Aseru jest jednak sierotą, a nowa mama jest jej prawdziwą ukochaną Mamą, ale nie biologiczną. Aseru straciła swoich rodziców w czasie wojny. Na szczęście zaopiekowała się nią sąsiadka i zaadoptowała jak własną córkę.


Jest w naszym obozie wiele takich przypadków, gdzie inne mamy w naturalnym odruchu przygarniają kolejne dzieci, pomimo że mają już spore grono swoich własnych maluchów. Wiele dzieci i rodzin zostało rozproszonych lub zaginęło. Do dziś mają nadzieję znaleźć się w różnych obozach. Tak jak Polacy po Drugiej Wojnie Światowej próbowali się odnaleźć przez Czerwony Krzyż, czy inne organizacje. Gdy mamy około 1,1 mln osób w obozach w samej Ugandzie trudno to zrobić, a potem doprowadzić do zjednoczenia całej rodziny. Tym bardziej, że czasami część rodziny jest gdzieś w Sudanie Płd., część w Ugandzie, a o niektórych nie ma wiadomości.
W przypadku Aseru niestety było wiadomo, że jej rodzice stracili życie. Nie jest łatwo żyć z tą świadomością, lecz nowa Mama towarzyszyła już młodej dziewczynce w integracji z innymi dziećmi oraz w życiu sakramentalnym. Aseru bardzo się rozradowała przyjmując chrzest, a następnie komunię. Medalik i różaniec będą jej towarzyszyły na dalszej drodze, ale znacznie ważniejsza jest miłość i zjednoczenie z Jezusem, które zaczyna odkrywać dzięki miłości nowej Mamy i Dobrej Nowinie o Miłosiernym Ojcu, dla którego jesteśmy zawsze ukochanymi dziećmi.


niedziela, 7 października 2018

Uganda


                                                                                             Lodonga, Uganda, 07 Października 2018r.

Moi Drodzy Przyjaciele 

Mijają dwa miesiące od mojego przybycia do Ugandy. Jest to kraj szybko się rozwijający, chociaż 38% populacji żyje poniżej 1,25 $ na dzień. Ten kraj Płd-Wsch Afryce jest mniejszy od Polski, a jego powierzchnia to 241.038 km2. Natomiast przyrost ludności jest bardzo szybki, a jego populacja jest szacowana na 41.500.000 ludzi. 09 października Uganda będzie obchodziła kolejną rocznicę niepodległości (1962r.). Jest to kraj, który był targany wewnętrznymi konfliktami, puczem a takie nazwiska jak Amin czy John Kony do dziś wzbudzają grozę. Yoweri Museveni rządzi krajem od 1986.
W czasie protektoratu brytyjskiego Uganda przyjęła polskich uchodźców, głównie sieroty, które przemierzały szlak z dalekiej Rosji z armią Andersa. Kraj ten był otwarty również na uchodźców z Sudanu, Konga i Rwandy. Obecnie na terenie Ugandy przebywa ponad 1,1 mln Sudańczyków Południowych, którzy uciekli przed wojną domową.
Jak wiecie w wyniku toczącej się od 2013 r. wojny ponad 3,5 mln osób straciło swoje domy i dobytek, a z tego ponad 2 mln opuściło kraj chroniąc się w sąsiednich państwach.  Również większość naszych parafian z okolicy Lainya, po dotarciu wojny w lipcu 2016 w nasze rejony, znalazło swoje miejsce w obozach na terenie Ugandy. Dlatego od 2017r. Jako werbiści jesteśmy z nimi. Po zakończeniu nauki języka arabskiego w Egipcie, dotarłem z o. Wojtkiem Pawłowskim do Lodonga, które leży ok. 35 km od granicy z Sudanem Płd. Jest to małe miasteczko położone w diecezji Arua, w dystrykcie Yumbe.


Uganda w większości jest krajem chrześcijańskim, ale w naszym dystrykcie dominują muzułmanie. Pomimo tego od od 1927 r. w Lodonga wznosi się kościół Naszej Pani Królowej Afryki, który od 1961r. jest Bazyliką Mniejszą. Dzisiaj 07 października obchodzimy święto Matki Bożej Różańcowej, a w miejscowym kościele różaniec jest odmawiany codziennie.


Jako Zgromadzenie Słowa Bożego posługujemy jednak wśród uchodźców z Sudanu Płd. w największym obozie w Bidi-bidi, który liczy około 275.000 ludzi. Jest on oddalony ponad 20 km od naszego miejsca i ciągnie się przez 25 km. Obóz jest podzielony na 5 stref, a z kolei poszczególne strefy mają swoje kaplice. Obecnie jest nas 4 kapłanów z Indii, Indonezji i Polski oraz jeden brat z Indonezji.


Na naszym terenie znajduje się 29 kaplic oddalonych od siebie w odległości ok.5 km.


Bidi-bidi na szczęście nie przypomina obozu odgrodzonego wielkim płotem i drutami, a raczej przypomina nam znajome miejsca z Sudanu Płd., gdzie tradycyjne chatki z lepianki i słomianego dachu  pojawiają się na horyzoncie. Te chatki wraz z kawałkiem ziemi pozwalają przetrwać trudny czas uchodźstwa w miarę podobnym otoczeniu. Oczywiście jest problem z uprawą ziemi, której za bardzo nie ma dla wszystkich, albo jest niewystarczająca. Co miesiąc jest dostarczana jednak pomoc żywnościowa. Na terenie obozu są też szkoły, które są jednak przepełnione, gdyż jedna klasa w podstawówce potrafi liczyć 200 dzieci, tak więc nie zawsze wszystkie mieszczą się w budynku. Parę klinik, czy szpital znajdują się na terenie obozu lecz nie ma odpowiedniego personelu i leków na malarię czy tyfus. Kolejnym problemem jest sprawa opału (drewna i węgla drzewnego) potrzebnego do spożycia potraw. Dodatkowa wycinka lasu jest przyczyną konfliktu z miejscową ludnością.


Jednak, czego najbardziej nasi Sudańczycy Płd. potrzebują to bycia z nimi po przeżyciach wojennych, traumie i utracie najbliższych. Od 2017 r. udzieliliśmy blisko 2300 chrztów i 900 pierwszych komunii, a w zeszłym tygodniu tylko w jednej kaplicy św. Józefa w Kombe udzieliłem ponad 60 pierwszych komunii. W tym tygodniu święta patronalne Franciszka z Asyżu i Daniela Komboniego i kolejne 70 komunii i 40 chrztów. Jak widzicie jest co robić, ale o szczegółach naszej posługi w kolejnym liście.


Największą radością było spotkać wielu znajomych ludzi z naszej parafii Laniya, którzy żyją nie w odrutowanym obozie, ale w chatkach takich jak mieliśmy sami na terenie naszej misji. Z niektórymi się wyściskaliśmy, bo to przecież wielkie szczęście, że przeżyliśmy i mamy dalszą szansę na wypełnienie tego daru życia danego nam przez Boga. Patrząc na tak wielu, którzy odeszli również z naszej Rodziny św. Arnolda Janssena (Sr. Veronikę Rackovą), widzimy że nosimy ten dar w naczyniach glinianych i jesteśmy tylko pielgrzymami na tej ziemi. Proszę Was moi drodzy przyjaciele o modlitwę, abyśmy ten dar z Bożą pomocą jak najlepiej wykorzystali.
Z pamięcią w modlitwie,
o. Andrzej

sobota, 8 września 2018

Urodziny Matki Bożej i płomień miłości.


 08 września, w dniu urodzin Matki Bożej wybrałem się z siostrą Beni do kaplicy Matki Bożej w Yoyo , a następnie do kolejnej kaplicy św. Piotra i Pawła w Bidi bidi. Ze względu na odległości pomiędzy kaplicami pozostali kapłani wybrali się wraz z siostrami do kaplicy Matki Bożej w Swinga. Potrzebowaliśmy około godziny drogi, aby dotrzeć do naszej misyjnej kaplicy. Około 100 metrów przed nią czekała już grupka dzieci śpiewających i dzielących się z nami swoją radością. 



 
W czasie Eucharystii zastanawialiśmy jak ważne są nasze urodziny. W każdym razie doszliśmy do tego, iż nasze urodziny są rzeczywiście ważne, ale jeszcze ważniejsze są urodziny naszej mamy, a co dopiero naszej najczulszej Mamy Maryi. Jeśli urodziny są dla nas ważne to musimy się odpowiednio przygotować i przynieść odpowiednie prezenty. A jakie my dzisiaj … i nie tylko dzisiaj przynosimy, o co nas Matka Boża prosi i na kogo i na co wskazuje? Matka Boża Miłosierdzia zawsze jest zjednoczona z Jezusem, na niego wskazuje i z Jego miłosiernym sercem jest zespolona. A gdzie jest nasze serce?
Po mszy świętej i spotkaniu z naszymi uchodźcami i po krótkim świętowaniu … urodzin:) udaliśmy się do kolejnego miejsca w innej strefie Bidi bidi. W kaplicy św. Piotra i Pawła zastaliśmy grupę dzieci i młodych ludzi śpiewających i tańczących. Był to głównie chór i dzieci misjonarze z Papieskich Dzieł Misyjnych. Dzieci te nazywane są „świętymi dziećmi” (poprzez Holy Childhood) lub Kizito (od najmłodszego męczennika ugandyjskiego).



Siostra Beni z naszej Rodziny Arnoldowej, ze Zgromadzenia Sióstr Służebnic Ducha Świętego, pochodzi z Filipin. W swoim 67 letnim życiu doświadczyła już wiele, ale cały czas działa z wielkim poświęceniem wśród uchodźców z Sudanu Płd. w Ugandzie, tak jak działała wcześniej w Sudanie Płd., czy Etiopii. Jak widzicie siostry czy kapłani nie przechodzą na emeryturę:), a póki są w miarę zdrowi ich obecność na misjach jest bardzo potrzebna. Siostra Beni działa wśród kobiet zrzeszonych w Akcji Katolickiej oraz Stowarzyszenia Kobiet Chrześcijańskich (wspomagających aktywność biznesową i niezależność). W tym dniu nieco kobiety się spóźniły, ale była przez to okazja aby spotkać się z młodymi i dziećmi.



Większość ludzi w naszych kaplicach mówi w języku Bari, ale u św. Piotra i  Pawła większość stanowią ludzie z plemienia Nuer. Niestety nie znamy tego języka, tak więc posługuję w języku angielskim i przez tłumacza.
Korzystając z opóźnień, które dosyć często zdarzają się w Afryce, bo przecież jak mówi przysłowie „Biali mają zegarki, a Afrykańczycy mają czas” przygotowałem się do sakramentu pojednania. Około 30 dzieci i młodzieży skorzystało z tej okazji. Jednakże pod koniec przyszła mała dziewczynka z plemienia Nuer (mam tu na myśli relatywnie mała, gdyż wszystkie osoby z plemienia Nuer i Dinka są bardzo wysokie). Miała na sobie nałożoną chustę i zaczęła  formułę spowiedzi świętej. Wyznając swoje przewinienia wskazała na swoją siostrę, z którą trochę się posprzeczała. Następnie spytała się czy udzielę jej rozgrzeszenia i czy będzie mogła „zjeść Jezusa”. Spytałem ją czy już przygotowywała się do  Pierwszej Komunii i czy już ją otrzymała. Odpowiedziała, że jeszcze nie ale jest w trakcie. Potem bardzo grzecznie się przedstawiła mówiąc, że ma na imię Elżbieta (piękne imię jak moja Mama i ciocia  Maryi). Mała Ela powiedziała również „ ojcze ja nie znam twojego imienia, jakie jest twoje imię?”. Z uśmiechem na ustach przedstawiłem się. Z powodu trudności w wymawianiu mojego imienia większość woła na mnie „Father Andrew”. Wyjaśniłem Elżbiecie, iż mogę jej udzielić błogosławieństwa, a Jezusa Eucharystycznego będzie mogła przyjąć po przygotowaniu. Ucieszyła się z błogosławieństwa (jak się później dowiedziałem jej nazwisko w języku Nuer oznacza radość), ale nie mogła się doczekać pełnego zjednoczenia z Jezusem i powiedziała, że chce być uczniem Jezusa i podążać za Nim przez całe życie. Zdziwiłem się skąd w takim małym dziecku tak czyste i pewne pragnienie. 





„Queen Elizabeth” tak odtąd ją nazywałem, to pragnienie miała w sercu dzieląc je z pozostałymi dziećmi z małymi misjonarzami Papieskich Dzieł Misyjnych. Jak piękne pragnienie, ale czy to  pragnienie nam zawsze towarzyszy, czy jeszcze jest ten płomień Bożej miłości i zapału, czy może tli się jakaś iskierka? U małej 8 letniej Elżbiety podobnie jak u 67 letniej Siostry Beni ten płomień jest widoczny. A jak to wygląda u nas, u mnie?

poniedziałek, 26 marca 2018

niedziela, 18 marca 2018

Ojciec Marian jako patriota i „nowy Kolumb”




W tym roku obchodzimy 100-lecie urodzin o. Mariana Żelazka, SVD wielkiego patrioty i misjonarza. Urodzony w roku niepodległości i początków walki o tę niepodległość, wzrastał w etosie pracy organicznej i Powstania Wielkopolskiego w Palędziu pod Poznaniem. Po 123 latach zaborów znowu Polska doczekała się wolności i w takiej atmosferze nowego początku dwudziestolecia międzywojennego wzrastał o. Marian. Umocniony silnymi więziami w wielodzietnej 16 osobowej rodzinie ( w tym 2 adoptowanych dzieci) miał szczęście odkrywać tę Polskę i się z nią identyfikować. Kryzys gospodarczy w drugiej połowie lat dwudziestych zmusił rodziców o. Mariana do przeprowadzki z pięknych okolic i własnego pola, ogrodu i młynu do Poznania. W nim to w danej siedzibie Mieszka I i pierwszych polskich Piastów odbierał podstawowe wykształcenie w cieniu katedry, gdzie pochowani są pierwsi władcy Polski. To wzrastanie w żywej historii a jednocześnie bycie jej aktywnym uczestnikiem, może nie jako „Kolumba rocznik 20”, ale w kontekście odpowiedzialności za siebie w rodzinie, za innych w szkole i oddanej pracy i miłości rodziców, doprowadziło o. Mariana do odkrycia swojego misyjnego powołania. Miłość nie jest statyczna, nie jest pasywna, lecz musi się dzielić, powinna eksplodować w wyjściu do innych i widzenia świata poza sobą. O. Marian pomimo że bardzo kochał Polskę i swoją rodzinę, odkrył jako „młody Kolumb”, iż ta miłość przekracza granice. Będąc ministrantem w kościele Zmartwychwstańców w Poznaniu na Wildzie, pewnego dnia spotkał misjonarza z Argentyny i to jego świadectwo zainspirowało o. Mariana. Jeszcze jako młodego chłopak poszedł do średniej szkoły, prowadzonej przez Zgromadzenie Słowa Bożego (werbistów) w Górnej Grupie. Umocniony patriotyczną i duchową postawę bł. Stanisława Kubisty czy bł. Alojzego Ligudy wzmacniał się w tym powołaniu. Przykład św. Józefa, będącego patronem domu w Górnej Grupie wskazywał o. Marianowi potrzebę bycia opiekunem najbardziej opuszczonych, uciekających przez prześladowaniem ze strony innych ludzi.
Kolejnym mentorem o. Mariana na podłożu patriotyzmu i duchowości był bł. Ludwik Mzyk mistrz nowicjatu i rektor domu w Chludowie pod Poznaniem. W maju 1940r., po ukończeniu nowicjatu i filozofii o. Marian jako seminarzysta z wieloma innymi klerykami i księżmi został skierowany przez Niemców do Fortu VII, a następnie Dachau i Gusen. Tam zaczęła się jego gehenna, ale w tym „piekle obozowym” nie było w nim nienawiści, ale chęć pomocy innym.
Pomimo swojego młodego wieku o. Marian nie koncentrował się na sobie i na myśli o przeżyciu. Przeciwnie widział wokół siebie innych, którzy upadali ze zmęczenia po pracy w kamieniołomach, czy z niedożywienia i chorób. Wtedy brał upadającego obozowego kompana na swoje plecy lub dźwigał jego dodatkowy kamień, pomimo iż jeden kamień był już wystarczająco ciężki. Każda śmierć współbrata z nowicjatu nie była przyczyną nienawiści, lecz nowych sił do brania powołania kolejnego ginącego przyjaciela jako swojego. O. Marian w swoim misyjnym powołaniu miał nie tylko odpowiedzieć swoim późniejszym życiem za siebie, ale za wszystkie powołania kolegów, które wziął na siebie. Jeszcze raz  w tym „piekle obozowym” o. Marian spotkał św. Józefa, któremu się całkowicie oddał. 29.04.1945 dzień wyzwolenia obozu przez aliantów, był dla o. Mariana dniem zmartwychwstania, dniem nowego życia, który pamiętał do końca swoich dni.
Ojciec Marian pomimo kończenia studiów w Rzymie nie zapominał o Polsce i Polakach rozrzuconych po II wojnie światowej na całym świecie, dlatego przez ponad rok pomagał uchodźcom z Polski przy Bagnoli pod Neapolem. Po święceniach w 1950 r. o. Marian został posłany do Indii. Tak więc poznaniak został wysłany w miejsce, którego tak bardzo pragnął do miejsca, w którym żyło wielu ludzi. Zamienił wielodzietną rodzinę na jedną z największych populacji na ziemi. O. Marian nie był już „młodym Kolumbem”, lecz Kolumbem z doświadczeniem miłości i „piekła obozowego”. Nie musiał szukać drogi do Indii, lecz Indie same go znalazły. Co ciekawe parę lat wcześniej, gdy jeszcze o. Marian był w obozie w Dachau, w 1942 roku, jeden z książąt indyjskich, maharadża Jam Sahib Digvijaysinhji postanowił zaopiekować się dziećmi, głównie sierotami pochodzącymi z zsyłki na Sybir, a potem przemieszczającymi się z terenów byłego ZSRR z  Armią Andersa. Tzw. Polish Children Camp istniał w stanie Gudźarat, w Balachadi koło Jamnagaru. W jakiś sposób na ten piękny gest miłości maharadży, który znał Paderewskiego i gen. Sikorskiego, doczekał się w pośredni sposób odpowiedzi w 56 latach posługi o. Mariana w Indiach. Miejmy nadzieję, że pewnego dnia inne osoby z Indii odpowiedzą w równie piękny sposób, bo spotkały ojca Mariana, którego w swoim ojczystym języku nazywały „Bapa” czyli „Ojciec”.
O. Marian posługiwał najpierw wśród najbardziej opuszczonego plemienia Adibasów, a po 25 latach został skierowany do Puri. Adibasom niósł przyszłość poprzez edukację i szerzenie Dobrej Nowiny w praktyce, poprzez bycie z innymi ludźmi. W kolejnej odsłonie swojego życia w Indiach o. Marian dzielił się miłością i ponownym odkrywaniem godności ludzkiej w trędowatych, którzy przypominali o czasach marginalizowania, odrzucenia w czasie uwięzienia w obozie w Dachau. Ludzie doświadczający choroby trądu byli odrzuceni przez otaczające ich społeczeństwo. Postrzegali te osoby jako ukarane za swoje czyny, jako nietykalnych. O. Marian przywrócił im na nowo godność poprzez tworzenie dla nich miejsc pracy w warsztatach, kuchni, jako ryksiarzy, a co najważniejsze danie szansy na przyszłość dzieciom trędowatych uczących się w szkole Beatrix. Z czasem do dzieci z rodzin osób trędowatych dołączyły dzieci ze zdrowych rodzin i to był widoczny znak przemiany, obecności Dobrej Nowiny wśród mieszkańców Puri. O. Marian Żelazek jako „nowy Kolumb” nie musiał szukać nowego Eldorado, krainy złota gdzieś daleko, lecz poprzez swoje złote serce, odkrywał pokłady dobra i miłości w innych.  Jak sam mówił „ nie trudno jest być dobrym, wystarczy tylko chcieć”.
O. Marian Żelazek, SVD kochał całym sercem Polskę i Indie. Kochał całym sobą i nie dzielił tego serca. Interesującym zbiegiem okoliczności, właśnie 30 stycznia w dniu urodzin o. Marian obchodzi się dzień walki z trądem, jak również 30 stycznia to również dzień śmierci Mahatmy Gandhiego . O. Marian zmarł 30.04.2006r., w opinii świętości, gdyż przyniósł mieszkańcom Orissy promień boskiej miłości i dobra. Jego dzień śmierć 30 kwietnia, dzień po rocznicy wyzwolenia Dachau, jego duchowego zmartwychwstania i nowego życia, jest faktycznym dniem narodzenia „Bapy” Ojca Mariana dla nieba. „Bapa” Marian otrzymał wiele nagród, jak również nominacje do Nagrody Nobla, jednak jego największą nagrodą było to, że stał się jak św. Józef opiekunem dla innych, a ludzie traktowali go jako prawdziwego „Bape” czyli ojca. Uchwałą senatu z dnia 22.02.2007r. o. Marian został  uznany wzorem Polaka przełamującego bariery między ludźmi w duchu chrześcijańskiego ekumenizmu i uniwersalizmu. Również my dzisiaj jesteśmy wezwani do bycia wzorem Polaka, do miejsc w których jesteśmy, do bycia „nowymi Kolumbami” odkrywającymi promień dobra i miłości w innych.
Proces beatyfikacyjny rozpoczął się 11 lutego 2018r. , w Dzień Chorych, w dzień w którym była czytana Ewangelia z dnia o trędowatym. Na uroczystościach w Puri było wielu miejscowych mieszkańców, przedstawicieli werbistów, polskiego i indyjskiego kościoła. Ambasador RP w Indiach Adam Burakowski zwrócił się do zebranych w języku hindi, co jeszcze bardziej otwarło w tym uroczystym dniu Indyjczyków na Polskę. Jednakże każdy z nas może być ambasadorem Polski, tak jak był nim ojciec Marian … nawet tu w Egipcie czy w Polsce:)

o. Andrzej Dzida, SVD